Nie tylko siostry cierpią

Od wczesnego dzieciństwa marzyłam o drodze życia zakonnego. Wstąpiłam po maturze. Pierwsze lata były bardzo szczęśliwe, choć dostrzegałam niepokojące znaki, problemy zamiatane pod dywan i inne. Jednak nigdy nie myślałam o odejściu, choć w miarę zmian kadrowych na stanowiskach kierowniczych czy przełożeńskich było coraz trudniej.

Gdy sama zostałam przełożoną i podjęłam kroki, by coś zmienić, byłam kontrolowana. W końcu zrezygnowałam ze stanowiska. Za karę zostałam skierowana do placówki, w której nie miałam dostępu do organów i nie było czasu na ćwiczenie (krótko przed tymi wydarzeniami ukończyłam szkołę muzyczną). Ale chcę się tu skupić na innym problemie.

Pamiętam, jak wyjeżdżając do mamy na dwu- lub trzytygodniowy urlop, otrzymywałam jedynie pieniądze na bilet. Przez czas urlopu utrzymywała mnie więc mama, która wtedy ciężko pracowała i samotnie wychowywała syna. Nie przelewało jej się. Mama nigdy się nie żaliła. Cieszyła się moją obecnością. Po kilku latach zaczęłam otrzymywać jakieś dodatkowe pieniądze na życie, którymi dzieliłam się z mamą, choć do pewnego czasu były to naprawdę grosze – 300 zł lub nieco więcej na trzy tygodnie. Taką kwotę pamiętam z 2008 r. Była ustalana raz na 6 lat.

Gdy mówiłam o tym problemie na Kapitułach, o tym, że nie wszystkie z nas mają rodziny o dobrej sytuacji materialnej i nie możemy pogłębiać problemów naszych ubogich rodzin, uciszano mnie lub próbowano wyśmiewać, bagatelizować temat. Przed moim odejściem ustalono w miarę rozsądną kwotę.

Często więc oprócz samych sióstr cierpią także ich rodziny. Im jestem starsza, tym bardziej ten problem widzę i tym bardziej on boli.

Katarzyna – 33 lata we wspólnocie zakonnej