Depresja
Zaczęłam leczyć się na depresję jakieś 4 lata temu. Zachorowałam jeszcze w klasztorze – gdy byłam w nowicjacie. Odcięta od ludzi. Odcięta od relacji. Zmuszona do przepraszania co wieczór na kapitule win: za każdy przejaw smutku czy gorszego nastroju.
Za zbyt głośny śmiech siostry też potrafiły przepraszać…
Objawy depresji były jednym z powodów, dla których Wspólnota postanowiła pozbyć się problemu. Tak oto powstało hasło powtarzane wszystkim zainteresowanym: Wspólnota rozeznała razem z małą siostrą xyz, że najlepsze będzie dla niej opuszczenie klasztoru… tylko cały problem w tym, że nikt ze mną wcale tego nie rozeznał.
Nikt nie spytał mnie co będzie dla mnie najlepsze.
Decyzja spadła na mnie jak grom.
Nikt nie spytał – czy potrzebujesz pomocy; rozmowy; wsparcia? W końcu każdemu normalnemu człowiekowi takie rozwiązania przychodzą na myśl, gdy ktoś dzieli się z nim tym, że przechodzi kryzys psychiczny. W klasztorze jednak gdy płakałam mogłam jedynie usłyszeć polecenia przełożonej: jak masz płakać to wyjdź do innego budynku, żeby nie przeszkadzać innym – albo – Jezus nigdy nie użalał się nad sobą.
Zostałam sama ze swoim problemem, do którego dołożono kolejny – gdzie ja się podzieje? Przecież bycie siostrą zakonną to była cała moja tożsamość od 12 roku życia… odkąd pierwszy raz pomyślałam o powołaniu.
Kolejne 2 miesiące spędziłam w milczeniu – zastraszona przez moje przełożone i poinstruowana, że nie mam mówić żadnej siostrze, a do tematu wrócimy za kilka tygodni – po Wielkanocy, bo teraz przełożona nie ma czasu zająć się tym tematem.
Zająć się tym problemem.
Zająć się mną.
Po kilku tygodniach totalnego osamotnienia i strachu zostałam zawołana do małego pokoju. Przełożona stała nade mną z kalendarzem i dalej nie pytając o to czy dobrze się czuję lub czy nie potrzebuje jakieś pomocy, spytała jedynie: to którego wyjeżdżasz?
…
Kilka miesięcy po odejściu usłyszałam od przełożonej przez telefon: to twoja wina, że teraz tak mocno cierpisz, bo gdybyś bardziej ufała Wspólnocie to by tak nie było. Gdybyś wcześniej powiedziała, że jest z tobą, aż tak źle to nie spędziłabyś tu, aż 2 lat.
To była nasza ostatnia rozmowa.
…
Po traumatycznych przeżyciach połączonych z narastającym poczuciem beznadziei, kompletnym brakiem sensu i celu w życiu oraz utratą dotychczasowej tożsamości – kompletnie się posypałam. Pierwsze pół roku spędziłam w większości w łóżku – nie podjęłam jeszcze studiów, a o pracy nie było co myśleć w takim stanie. Chciałam przestać istnieć, a całe moje dotychczasowe życie rozleciało się jak domek z kart. Z czasem przestałam również wierzyć.
Nie pomagał fakt bagatelizowania ze strony moich byłych przyjaciół – często słyszałam – uwzięłaś się na nie; przecież siostrzyczki zawsze są takie miłe, uśmiechnięte, pięknie mówią o Panu Bogu, wysyłają nam życzenia na święta i urodziny, nie mogłyby nikogo skrzywdzić.
A jednak skrzywdziły.
Dzisiaj jest lepiej. Funkcjonuję całkiem sprawnie, choć dalej trudno mi zaakceptować, że część mnie umarła i nie mogę się już z nią pojednać. Często czuję się winna – bo przecież co z tego, że dałam z siebie 100% skoro mogłam 200… Czasem dalej czuję się skrępowana licznymi zakazami i nakazami, które panowały w klasztorze i ciasnym sposobem myślenia mojej przełożonej. Albo w drugą stronę – czuję, że muszę coś komuś udowadniać i pracować tak, by nadrobić stracone 2 lata życia. A potem znowu przychodzi myśl – to próżne, przecież chęć rozwoju intelektualnego jest egocentryczna – w klasztorze uczyli mnie, że nieużyteczność społeczna jest czymś dobrym. Brak motywacji – bo przecież moje życie jest bezcelowe i do niczego już dłużej nie zmierza. Straciłam jedyną szansę. Największą miłość mojego życia.
I ten niewytłumaczalny ciągły strach, że spotkam je na ulicy – chociaż mieszkają w innej części Polski.
Lubię powtarzać, że urodziłam się 4 lata temu. Tego dnia umarła część mnie. Mimo 3 lat terapii nie potrafię odnaleźć do niej drogi. Możliwe, że już nigdy nie odnajdę. Ale każdego dnia uczę się żyć w nowej rzeczywistości. Podziwiać to jaka jestem silna. Być dla siebie w końcu dobra.
Ucieszyć się tym,
że przeżyłam.
s. Dorota