Za głosem serca

Miałam 23 lata, kiedy zdecydowałam się pójść za głosem serca. Miałam dobre życie – pracę, plany, marzenia – ale coś głębiej wołało mnie do większej miłości.

Chciałam oddać swoje życie Bogu i ludziom, szczególnie tym najbiedniejszym, opuszczonym, zapomnianym. Wierzyłam, że można kochać naprawdę, bezinteresownie, służyć w pokorze, być dla innych.

Wstąpiłam do zgromadzenia z radością i ufnością. W sercu miałam obraz wspólnoty jako miejsca, gdzie siostry okazują sobie wzajemną miłość, zrozumienie, wyrozumiałość. Niestety, bardzo szybko moje wyobrażenie legło w gruzach. Zobaczyłam coś zupełnie innego — zazdrość, zawiść, niezrozumienie, oskarżenia. Zamiast jedności — rywalizacja. Zamiast wsparcia — samotność.

Do postulatu przyjechałam jak do domu nie obawiałam się niczego – ufałam…

Czułam się wielokrotnie jak ktoś nieistotny, przezroczysty. Ale myślałam, że tak musi być. Nie mogłam z nikim rozmawiać bo od razu miałam rozmowę pouczającą, że postulantki nie powinny rozmawiać z siostrami, ale najczęściej dotyczyło to mojej osoby. W zamian za wspólnotę otrzymałam ciężką pracę fizyczną i zimną obojętność.

Późniejsze etapy formacji były jeszcze trudniejsze. Zatajane godziny pracy nocnej, zakazy kontaktu z rodziną, ukrywanie listów, surowe wymagania, często bez miłości.

Zamiast wzrastania w powołaniu, coraz częściej towarzyszył mi strach, niepewność, łzy i pytania: Czy naprawdę tak wygląda służba Bogu?

Zdarzyło się również, że odmawiano mi leczenia. Choć cierpiałam z powodu chorego kolana, wmawiano mi, że udaję. Gdy w końcu doszło do zabiegu, kazano mi od razu po nim klękać — mimo że miałam zaświadczenie lekarskie. Zakazano mi kontroli i dalszego leczenia, jakby ciało i jego ból nie miały znaczenia.

Ufnie prosiłam o dopuszczenie do ślubów. Karmiono mnie słowami, że sprawa jest rozważana, że wszystko jest na dobrej drodze. Aż nagle — w środku dnia — bez żadnej rozmowy, wyjaśnienia, jak więźnia zaprowadzono mnie do pokoju gościnnego. Podłożono mi kartkę. To był koniec.

Na korytarzu padło tylko pytanie: „Czy rozliczyła się siostra z kieszonkowego?”

Nie mogłam się z nikim pożegnać, nie mogłam zabrać wszystkich rzeczy — nawet nie miałam w co. Wzięłam to, co najpotrzebniejsze. Kazano mi zebrać się w półtorej godziny, bo „wyjeżdżamy”.

Rozebrać się z habitu musiałam w magazynie. I od razu — bez jednego słowa, bez obecności żadnej osoby z sercem — wsadzono mnie do samochodu, by nikt mnie nie zobaczył.

Pod klatką schodową zostałam wysadzona. To był koniec.

Nie zapytano, czy mam gdzie wrócić. Nie dano mi możliwości godnego odejścia.

Zostałam z pytaniem, które noszę do dziś: Za co?

Bo nawet człowiek oskarżony zna powód, a ja nie usłyszałam żadnego.

A jednak – nie odeszłam od Boga. Bo ufałam. Wierzyłam, że Pan Bóg widzi serce. I rzeczywiście – wcześniej, podczas lat służby na placówkach, doświadczyłam, czym jest prawdziwe powołanie. Spotkania z ubogimi, praca z siostrami, które naprawdę kochały. Tam odnajdywałam sens. Tam byłam sobą. Tam czułam co znaczy być wśród ubogich i widzieć ubogich.

Dziś nadal wierzę, że można kochać bezinteresownie. Moje serce, choć zranione, nie przestało kochać.

Dziś już wiem, że można żyć pięknie. Można kochać i wybaczać. Można być sobą i dawać siebie jeszcze pełniej — nawet poza zgromadzeniem, bez habitu, ale wśród ludzi.

Bo prawdziwa miłość nie zna murów. A powołanie nie kończy się tam, gdzie kończy się habit. Czasem właśnie tam — dopiero się zaczyna.

s. Małgorzata – 6 lat we wspólnocie zakonnej